PATRONAT HONOROWY NAD ZBÓJNICKIM SZLAKIEM

 
PATRONI MEDIALNI NAD PROJEKTEM ZBÓJNICKI SZLAK
Wydawnictwa i Magazyny Turystyczne:










Uczelnie Wyższe: Turystyczne
portale internetowe:

Miasta:
Media:





Regionalne organizacje:
 














Powiaty:
Instytuty turystyki: Izby turystyki:
Euroregiony:
Narodowe Organizacje Turystyczne:
Regionalne Organizacje Turystyczne:

FIRMY



WSPÓŁPRACA
NA ZBÓJNICKIM SZLAKU BEZPIECZEŃSTWO ZAPEWNIAJĄ



OGLĄDAJ NAS W
PISZĄ O NAS










BYSTREC I HOMER HUCULSZCZYZNY STANISLAW VINCENZ

Przed wojną mieszkał tutaj Stanisław Vincenz, znany polski pisarz, którego proza przybliża magię huculskiej krainy. Pozostałości jego domu wciąż widoczne są na polanie za wsią, ok. 200 metrów za odbiciem na Maryszewską na prawym brzegu potoku.

BYSTREC - wieś ciągnąca się wiele kilometrów wzdłuż doliny potoku, od którego bierze swoją nazwę. Zachowała typowy huculski, rozproszony charakter zabudowy z małymi przysiółkami porozrzucanymi po okolicznych pagórkach. W latach międzywojennych w górnej części wsi mieszkał Stanisław Vincenz, polski pisarz i myśliciel, autor „Na wysokiej połoninie”, kultowego 3-częściowego cyklu epickiego o tematyce huculskiej. Głównym zabytkiem Bystreca jest drewniana, od niedawna niestety obita blachą, cerkiew pw. Zaśnięcia św Anny - pochodząca z 1872 r. - z luźno stojącą dzwonnicą. Jest też kilka pięknych starych chat, szkoła, poczta, sklep, bar i schronisko. Kilka gospodarstw oferuje kwatery prywatne.

CZARNOHORSKIE MIEJSCE PAMIĘCI STANISŁAWA VINCENZA

Z inicjatywy Towarzystwa Karpackiego postawiono na miejscu, w którym stał dom pisarza (lata 1926-1940) drewniany, huculski krzyż, wykonany przez hucuła Wasyla Wandżuraka z Werchowyny oraz tablicę pamiątkową, napisaną w trzech językach: po ukraińsku, polsku i jidysz. Chwilę otwarcia uroczystości poprzedziły sygnały połonińskie wykonane na dwóch trembitach (Mikołaj Iliuk, Wasyl Mojsejczuk z Werchowyny) z towarzyszeniem cymbałów (Wasyl Tymczuk) i bubnia (Wasyl Mojsejczuk). Pomysłodawca uroczystości Andrzej Wielocha powiedział wtedy:

Dzięki całemu łańcuchowi ludzi dobrej woli udało się w miejscu, gdzie stał dom Stanisława Vincenza, postawić krzyż i tablicę pamięci napisaną w trzech językach, by oddać Mu hołd i Huculszczyźnie, którą tak pięknie opisywał. Myślę, że będzie to pamiątką  na długie lata, nie wiemy na jak długo, ale myślę, że następne pokolenia będą tutaj przychodziły niezależnie od tego co się stanie, czy doliną pobiegnie droga asfaltowa, czy staną wokół hotele, tego nie wiemy, ale to miejsce będzie tym miejscem, gdzie stał dom Vincenza. Tekst na tablicy jest napisany w trzech językach ukraińskim, polskim i jidysz, w którym mówiło tu pod Czarnohorą tysiące ludzi. Ten język ma być hołdem wobec tego świata, który przeminął, a o którym warto pamiętać (...).

 Inskrypcja umieszczona na tablicy brzmi następująco:

„Wierzę w siłę ducha.” Iwan Franko

„Posiadłości, domeny i domy rozsypują się w proch, a to co ludzkie pozostaje i trzyma przyszłość w swoich objęciach” Stanisław Vincenz.

W tym miejscu w latach 1926-1940 stał dom Stanisława Vincenza (1888-1971) autora tetralogii „Na wysokiej połoninie”. Tu została spisana opowieść o dawnej Wierchowinie – świecie mądrym, dobrym i szczęśliwym.

Po stronie ukraińskiej w działania organizacyjne zaangażował się Kuba Węgrzyn, właściciel schroniska turystycznego w Bystrecu. Poświęcenia krzyża i tablicy pamiątkowej dokonali wspólnie: prawosławny proboszcz Bystreca, ojciec Jurij Manuliak i rzymskokatolicki proboszcz parafii w Kołomyi, ksiądz Stanisław Mały. W uroczystości wzięło udział około 100 osób, w tym przedstawiciele Towarzystwa Huculszczyzna - Dmytro Watamaniuk i Iwan Zelenczuk,  sołtys Bystreca Mykoła Himczak, przedstawiciel administracji województwa iwanofrankiwśkiego - Hryhorij Melnyk, dyrektor Muzeum im. Iwana Franki w Krzyworówni - Mykoła Dżurak, przedstawiciele Towarzystwa Karpackiego oraz znakomite postaci, jak prof. Mirosława Ołdakowska-Kuflowa, prof. Jan Andrzej Choroszy, którzy uświetnili wydarzenie przemową przybliżającą sylwetkę pisarza oraz dom Jego najwspanialszych i najważniejszych chwil życia. Młodzież z kołomyjskiej parafii odczytała fragment „Prawdy starowieku” (po polsku i ukraińsku). Uroczystość zwieńczyła muzyka huculska Romana Kumłyka oraz poezja ukraińska prezentowana przez miejscowych Hucułów z akompaniamentem gitarowym. Dopełnieniem końcowym wydarzeń stał się wymarsz kilkunastoosobowej grupy turystów szlakiem ostatniej wędrówki „ostatniego mędrca XX wieku” w głąb Czarnohory. W tym samym ważnym historycznie dniu, odbył się pogrzeb pamiętającej jeszcze Vincenza, a uwiecznionej w filmie „Śladami Vincenza” Waldemara Czechowskiego – Mariji Płytki Protiuk.

Dla Stanisława Vincenza ani prymitywizm warunków życia, ani surowość przyrody, ani odległość od miasta nie stanowiły problemu. Przeciwnie, wszystko to, a zwłaszcza widok ukochanej Czarnohory i sąsiedztwo Hucułów potrafiących żyć w harmonii z surową górską przyrodą, będących żywym świadectwem archaicznej kultury, miało dla niego niepowtarzalny urok, zwłaszcza po rozczarowaniach życiem w stolicy (...).

STANISŁAW VINCENZ – HOMER HUCULSZCZYZNY

Na wysokiej połoninie. Obrazy, dumy i gawędy z Wierchowiny Huculskiej (1936) Stanisława Vincenza.

„[...] huculskie opowiadania o dawności, już zanikające odgłosy i wspomnienia, zapomniane prawie wątki, były tworzywem tego dzieła [...]. Autor usiłował zrekonstruować, skoncentrować i ułożyć w cykle starą epikę huculską. Usiłował też sam dalej tworzyć w jej duchu" - czytamy w posłowiu do Na wysokiej połoninie Stanisława Vincenza. Ambitna, szeroko zakrojona książka znakomitego znawcy i gorącego miłośnika wierchowiny pokuckiej na temat odchodzącego w bezpowrotną przeszłość świata huculskiego przypomina niektóre ustępy prozy tatrzańskiej Stanisława Witkiewicza, a to z uwagi na stosunek autora do dawności góralskiej, hiperbolizowanie wielu właściwości, fizycznych i umysłowych, górali - poetyzowanie ich czynów. W książce znajdujemy setki stron poświęconych wschodniokarpackim zbójcom ludowym. Najciekawsze z nich zostały związane z Hołowaczem, herkulesem opryszkowskim, Dowbuszem „synem biedaków [...] młodziutkim" oraz Dmytrykiem „z rodu Wasylukowego".

Garść uwag o drugim z wymienionych opryszków. Oleksa Dowbusz pochodził z Peczeniżyna. W dzieciństwie doświadczył komorniczej niedoli. Gdy podrósł, z rąk tajemniczego starca otrzymał cudowne ziele, które wszczepione pod skórę uczyniło zeń mocarza ludowego - mściciela krzywd osobistych i ogólno-huculskich. Z czasem zorganizował „watahę" opryszków. Podejmował śmiałe wyprawy w pogoni za łupem, przygodą i sławą. Był prawdziwym opiekunem i dobroczyńcą swojego ludu. Marzył o stworzeniu dlań „wielkiego i młodego świata", gdzieś wśród bezkresnych, urodzajnych stepów. Lecz „uderzył dzwon jego niedoli". Spotkał kobietę, „wiedźmę słodką, jędzę miodową" - Ksenię z Kosmacza, żonę Dzwinki. Przylgnął do niej całym sercem i to stało się jego zgubą. Zginął od poświęconej kuli; osierocił swój naród.

 

Stanisław Vincenz (ur. 30 listopada 1888 w Słobodzie Rungurskiej, zm. 28 stycznia 1971 w Lozannie) – polski prozaik i eseista, miłośnik i znawca Huculszczyzny i Pokucia, myśli i sztuki starożytnej Grecji. Jego prochy spoczywają w Krakowie, na cmentarzu na Salwatorze.

„Pierwszym, który naszych opryszków ubrał w legendę, był Stanisław Vincenz”.

Droga życiowa

Był prawnukiem francuskiego emigranta Charles'a-François de Vincenza, który po Wielkiej Rewolucji Francuskiej w 1789 przybył do Wiednia, gdzie poślubił Polkę, która po śmierci męża zamieszkała w Stanisławowie. Dziadek Stanisława był austriackim urzędnikiem. Miał 12 dzieci, wśród nich urodzonego w 1854 ojca pisarza, jednego z pionierów przemysłu naftowego w Galicji, bliskiego współpracownika głośnego działacza społeczno-gospodarczego Stanisława Szczepanowskiego. Matką pisarza była Zofia z domu Przybyłowska, ze starej szlacheckiej rodziny, właścicieli Krzyworówni na Pokuciu, w ówczesnej wschodniej Galicji, gdzie większość dzieciństwa spędził Stanisław. Od dzieciństwa uczył się od Hucułów języka ukraińskiego w miejscowej gwarze, poznawał obyczaje i kulturę tego narodu, był wychowywany przez huculską nianię Pałahnę Slipenczuk-Rybenczuk (którą wspominał z wdzięcznością do końca życia). Przyszły pisarz żył na pograniczu kulturowym wołoskim, węgierskim, żydowskim, cygańskim, słowackim, ormiańskim, ukraińskim, czeskim, polskim i austriackim, przywiązując wielką wagę do historycznej idei tolerancyjnego współżycia i współdziałania ludów, grup społecznych i różnych wyznań dawnej Rzeczypospolitej. Obywatele huculskiej krainy posługiwali się bez trudu językiem polskim, ukraińskim, niemieckim, rumuńskim.

Stanisław Vincenz podkreślał, że choć niemal wszystkie opowieści zbójnickie dotyczą osób historycznych, o których istnieją nieraz dość dokładne wiadomości z akt sądowych i kronik, to jednak fakty historyczne nie zajmowały ludowych opowiadaczy w tym stopniu jak mity, które narosły wokół ich postaci.

 

Uczył się w gimnazjum w Kołomyi, później w Stryju, gdzie poznał Kazimierza Wierzyńskiego i Wilama Horzycę, a także został członkiem literacko-patriotyczno-niepodległościowego kółka samokształceniowego, któremu przewodził przyszły profesor językoznawstwa Stefan Vrtel-Wierczyński. W czasie nauki w gimnazjum zapoznał się z Homerem, stając się z czasem jego znawcą w skali międzynarodowej. Studiował początkowo na Uniwersytecie Lwowskim, następnie w Wiedniu prawo, biologię, sanskryt, psychologię i filozofię. Uzyskał w Wiedniu doktorat filozofii za dysertację o wpływie Hegla na filozofię Feuerbacha. Nauczył się rosyjskiego, języka pogardzanego w Galicji; przekładał Dostojewskiego. W Wiedniu poznał swoją pierwszą żonę, Rosjankę Lenę.

W czasie I wojny światowej walczył na froncie pod Haliczem, następnie we włoskich Dolomitach. W 1919 zgłosił się ochotniczo do Wojska Polskiego. Był wykładowcą w szkole wojskowej w Modlinie, wziął udział w wyprawie Piłsudskiego na Kijów. Po demobilizacji w 1922 działał w PSL Wyzwolenie, optując za współpracą z Ukraińską Partią Radykalną. W latach 20. był redaktorem miesięcznika "Droga", gdzie publikował eseje z zakresu filozofii religii.

Około 1930 zajął się pisaniem dzieła swego życia – powieści "Na wysokiej połoninie", która ukazała się w 1936 jako pierwsza część trylogii.

We wrześniu 1939 przedostał się na Węgry, gdzie nawiązał liczne kontakty z pisarzami węgierskimi. Będąc na Węgrzech pomagał Żydom, za co został wyróżniony jako "Sprawiedliwy wśród Narodów Świata".

Po wojnie z żoną Ireną i córką Barbarą przeniósł się najpierw na kilka miesięcy do Niemiec (gdzie syn Andrzej pracował w redakcji "Dziennika Żołnierza" I Dywizji Pancernej gen. Maczka), potem osiadł w okolicy Grenoble na południu Francji. Znaczną część roku spędzał w małej miejscowości alpejskiej La Combe. Współpracował z paryską Kulturą. Był mistrzem duchowym m.in. Czesława Miłosza. Zgromadził wokół siebie "prywatną akademię platońską", do La Combe po nauki przyjeżdżali do niego zwłaszcza młodzi Szwajcarzy.

Twórczość

1.      cykl Na wysokiej połoninie:

¡         cz. 1. Prawda starowieku (Warszawa 1938);

¡         cz. 2. Nowe czasy (Zwada) (Londyn 1970); Nowe czasy (Listy z nieba) Londyn 1974;

¡         cz. 3. Barwinkowy wianek (Londyn 1979);

(przekład na angielski: "On the High Uplands. Sagas, Songs, Tales and Legends of the Carpathians". Translated by H.C. Stevens. London 1955)

2.      książkach i czytaniu (Budapeszt 1942)

3.      Po stronie pamięci (Paryż 1965)

4.      Dialogi z Sowietami (Londyn 1966)

(przekład czeski: Dialogy ze Sovety. Prelozil Jiri Cervenka. Praha 2002

(przekład węgierski: "Beszelgetes a szovjet megszallokkal. 1939-40; 1944-45". Szerkesztobizottsag: Kiss,Gy.Csaba, Komaromy Sandor, Kovats Daniel, Petneki Aron, Sturm Laszlo, Karol Wlachovsky

5.      .Tematy żydowskie (Londyn 1977)

6.      Z perspektywy podróży (Kraków 1980)

7.      Po stronie dialogu (Warszawa 1983)

8.      Powojenne perypetie Sokratesa (Kraków 1985)

9.      Outopos. Zapiski z lat 1938-1944 (Wrocław 1992)

10.  Atlantyda. Pisma rozproszone z lat II wojny światowej (Warszawa 1994)

Wybór prac o Stanisławie Vincenzie

¡         Jan Pieszczachowicz: Stanisław Vincenz – pisarz uniwersalnego dialogu. Kraków 2005.

¡         Vincenz i Krytycy. Antologia tekstów. Wybór, wstęp i oprac. Piotr Nowaczyński. Lublin 2003

¡         Stanisław Vincenz – humanista XX wieku. Pod red. Mirosławy Ołdakowskiej-Kuflowej. 2002

¡         Mirosława Ołdakowska-Kuflowa: Wypowiedzieć słowo. Stanisław Vincenz wobec dziedzictwa kultury. Lublin 1997

¡         W. Próchnicki: Człowiek i dialog. "Na wysokiej połoninie" Stanisława Vincenza. Kraków 1994

¡         Irena Vincenzowa: Rozmowy ze Stanisławem Vincenzem. "Regiony" 1993-1996

¡         E. Czaplejewicz: Stanisław Vincenz, czyli kontynuacja dialogów Platona. "Przegląd Humanistyczny" 1981 nr 6

¡         Cz. Miłosz: La Combe, w: St.Vincenz, Po stronie dialogu, t. I, Warszawa 1983 s. 17-32

Czesław Miłosz o Stanisławie Vincenzie

w: La Combe, w: St.Vincenz, Po stronie dialogu, t. I, Warszawa 1983 s. 17-32

"Są ojczyzny, które przechowują pamiątki po swoich Napoleonach, ta przechowywała pamiątki po zbójnickim hetmanie i łagodnym mędrcu, który realizował zasady Kazania na Górze. W dziele Vincenza "Na wysokiej połoninie" baśń o nich wyobraża dwa zasadnicze wątki, cywilizacji pasterskiej i chasydyzmu. Dzieło to, w trzech tomach, (...) musi moim zdaniem okryć się patyną, zanim dostarczy inspiracji pisarzom i artystom. Gdyż bywają książki, w których patyna jest niejako przyjęta z założenia, podobnie jak w rzeźbach zyskujących na przygaśnięciu połysku metalu czy granitu. Odgaduję u autora taki właśnie zamiar. Zapewne widzi on z góry materiał w jego liniach i bryłach już płynnych, falistych, niby stopnie w skale zarosłe mchem.

Dr Vincenz. Uzyskał doktorat filozofii w Wiedniu przed I wojną światową za dysertację o Heglu. W epoce specjalistów, kiedy filozof oznacza profesora uniwersytetu, nie jest filozofem. Reprezentuje rzadki gatunek, gatunek, któremu wiedza humanistyczna zawdzięcza swoje najwyższe osiągnięcia: prywatnego myśliciela, przerzucającego pomosty pomiędzy różnymi dyscyplinami, posługującego się czytanym po grecku Homerem w swoich rozważaniach nad herosami Karpat, niechętnego dyskusjom o historiozofii w oderwaniu od filozofii pasterzy. (...)

"On jest stamtąd, skąd wszyscy" Tak żartobliwie określa się pochodzenie ludzi najbardziej intelektualnie aktywnych na Zachodzie. Nie bawmy się w procenty. Rozglądając się naokoło, czy w Ameryce, czy nawet we Francji, trudno oprzeć się wrażeniu, że autochtonom nie dostaje soli. Stamtąd, skąd wszyscy, to znaczy z obszarów pomiędzy Niemcami i Rosją. Wiedeń, Budapeszt, Praga, Sudety, Ruś zakarpacka, ziemie dawnej Rzeczypospolitej. Liczy się tu przede wszystkim emigracja żydowska w pierwszym albo w drugim pokoleniu, bez której pisarz i artysta nie mógłby chyba oddychać, ale nie tylko. Niejasne pokrewieństwo wiąże tych obywateli różnych państw ze sobą, oparte zapewne na wyczuciu, że tylko podwójność wyostrza i że ci, co są zanurzeni w jednej tylko cywilizacji, są ubożsi. Oto klienci Vincenza. Kto raz praktykował dobre sąsiedztwo, umie wniknąć w każdych sąsiadów. Vincenz z eks-wiedeńczykami porozumiewa się szyfrem zagadkowym dla niewtajemniczonych; syn rabina z Zabiego, któremu sądzone było zostać profesorem materializmu dialektycznego na uniwersytecie berlińskim za Republiki Weimarskiej, znajduje w nim swego ziomka; Sakson z Siedmiogrodu spostrzega, że tu rozumie się naprawdę tamtejsze narodowościowe powikłania; szwajcarska filozofka, której rodzice przywędrowali z Wilna, jest znów u swoich; u swoich jest też rumuński góral, bo Karpaty; Ukrainiec może do woli spierać się o odcienie ukraińskich dialektów: a Węgrom Vincenz recytuje ich poetów po węgiersku.

Ale powoli koło przyjaciół zaczęło się rozszerzać. Vincenz wie, że ludzie tęsknią dzisiaj do ojczyzny, a zamiast niej przyznaje się im tylko państwa. Ojczyzna jest organiczna, wrośnięta w przeszłość, zawsze nieduża, grzejąca serce, bliska jak własne ciało. (...)

Podpatrywałem sekret Vincenza. Miałem przed sobą kogoś, kto za jednym zamachem obalał dwie rozdęte mitologie. Również tę mniejszą, lamentujących "tułaczy", gotowych zmarnować całe życie na tymczasowość i oczekiwanie powrotu (powrotu do czego?), byle udawać, że nie są, gdzie są.

Jego sekretem była ta sama rewerencja dla ognia, chleba, oliwy i wina, których brak jest złamaniem prawa i wystarcza, żeby wiele z dumnych prób obrócić w nicość. Znikąd nie był wygnany. Żaden anioł nie stał za nim w bramie z obwieszczeniem, że musimy wybrać albo zupełną bierność, albo ścigać Erę jak psy metalowego zająca. Dokoła rozpościerała się ziemia, dostateczna, bo wyposażona we wszystko, co nam jest potrzebne do codziennego podziwu.

Vincenz obchodzi w listopadzie siedemdziesiątą rocznicę urodzin. Składam mu w podarunku ten artykuł. Napisałem go z wdzięczności i po to, żeby zerwać z nałogiem przemilczania w druku związków najbardziej twórczych, o skutkach powolnych, ale pewnych. Vincenz nas obdarowywał. Jeżeli każdy z nas przez to się jakoś zmieniał i z kolei coś przynosił ludziom? Jeżeli ci z kolei? Słuszne więc jest, jeżeli pozbędziemy się zazdrosnej chęci ogłoszenia go za naszą wyłączną własność.

Józef Czapski o Stanisławie Vincenzie

W: "Kultura" Paryż, 1971, nr 3

Jeżeli nie zdziczeliśmy wszyscy na naszych wyspach oddalonych, nie o geografię tu chodzi, zawdzięczamy to paru ludziom wśród nas – miary Stanisława Vincenza – którzy byli naszym sumieniem historii, bo sobą realizowali pewną polską, a jednocześnie najbardziej uniwersalną tradycję, jej nurt najcenniejszy, niezarażony ani naszą pychą, ani żadną wolą podporządkowania sobie kogokolwiek (...)

Sam mogłem najbliżej obserwować pana Stanisława w 1965 roku w La Combe de Lancey, małej wiosce górskiej, dokąd Vincenzowie jeździli na lato. Już wówczas poruszał się z trudem. Kamienne schodki prowadzące do jego domu były już dla niego ciężką wspinaczką, ale jeszcze rwał się ku górom i jeszcze pragnął podejść, podjechać bliżej i wyżej. A dom i malutki ogródek z rozłożystą wiśnią i krzewem figi był co dzień odwiedzany. Nie było człowieka, którego sprawy intymne nie stawałyby się sprawami pana Stanisława i nie było takiego gościa, którego by w pewnej chwili nie próbował zarazić swymi pasjami humanistycznymi i miłością do Gecji, któremu nie próbował czytać czy choć opowiadać "Iliadę" i "Odyseję", któremu nie cytował Dantego, z którym jak z Homerem zawsze obcował. (...)

Jeanne Hersch: O Stanisławie Vincenzie Pierwodruk w "Gazette de Lausanne", przekład pióra Andrzeja Vincenza

"Był czytelnikiem. Tak wielki był w nim głód dotarcia do każdego z najróżnorodniejszych głosów człowieka w całej ich dosłowności i swoistości, że osiągnął zdolność czytania w oryginale w czternastu rozmaitych językach. Ale przywiązywał się tylko do arcydzieł. Nie wydaje mi się, aby mógł choć jeden dzień spędzić bez Homera czy Dantego i Szekspira. (...)

Był arystokratą. Jedyną rzeczą, której nienawidził, którą gardził, była tandeta. We wszystkich dziedzinach: letniość uczuć, odmowa płacenia za nie ceny, ozdóbki literackie, pretensjonalność, słowa bez znaczenia, obietnice bez pokrycia, pozorne racje; wiedza pretendująca do wyczerpania całej prawdy, moda pod wszelkimi postaciami i na wszystkich szczeblach; strategie uczuciowe czy polityczne; pogoń za karierą.

(...) Był również nauczycielem, który potrafił pojąć i przyjąć melancholię nieobecności i śmierci. Był wierzącym katolikiem i niepoprawnym heretykiem. Nie wydaje mi się, by ktokolwiek bardziej niewzruszenie wierzył w Boga, bardziej cierpiał od zła, usilniej się buntował. Był niepocieszony z powodu zagłady Żydów. Nie widziałam nigdy, by mówił o Żydach inaczej niż ze łzami w oczach. (...)

Był pisarzem. W jego ojczystych Karpatach, w kraju Hucułów, Polacy, Rumuni, Ukraińcy i Żydzi chasydzi przekazywali ustnie skarby swej tradycji. Zebrał je wszystkie w sobie, a potem rozsnuł na papierze. (...)

INFORMACJE NA TEMAT KSIĄŻKI „NA WYSOKIEJ POŁONINIE”

Stanisław Vincenz: NA WYSOKIEJ POŁONINIE. Pasmo I: PRAWDA STAROWIEKU - "Nie jest to dzieło naukowe ani folklor. Opowiadacz - niespieszny jak Homer - przywraca do życia dusze i mądrość wielu zaginionych światów. Saga zwija się i rozwija, mnoży zakręty, dygresje, nawroty, krwista, kpiąca, stawiając pośrednio pod znakiem zapytania warunki ludzkiej egzystencji. Coś w rodzaju epopei, niby to poddanej niezgrabności i powtarzankom typowym dla ludowego gawędziarstwa - gdyż przeważnie głos zabierają woźnice, wędrowni kramarze, pasterze lub myśliwi - atakuje jakby od tyłu współczesną racjonalną arogancję, oblega inną strefę duszy, zastępuje dowód - tajemnicą, pewność – pytaniem...".

Opowieść rozpoczyna się jesienią roku 1887, gdy huculscy gazdowie schodzą się na tak zwane "rozłączenie", a gazda Foka Szumejowy z Jasienowa ma zaprosić wszystkich na wesele córki dziedzica z Krzyworówni. Kanwa fabularna służy jednak za wehikuł najrozmaitszym dygresjom, podaniom, legendom, apokryfom, a głównym tematem stają się zwolna dzieje "opryszków", czyli huculskich zbójników, z najważniejszym pośród nich Doboszem, poddane "sądowi mitu". Całość zaś - choć komentarz autora jest w niej obecny - przybiera postać baśniowej narracji anonimowego opowiadacza.

"Vincenz wie - pisał w 1958 roku Miłosz w eseju "La Combe" - że ludzie tęsknią dzisiaj do ojczyzny, a zamiast niej przyznaje się im tylko państwa. Ojczyzna jest organiczna, wrośnięta w przeszłość, zawsze nieduża, grzejąca serce, bliska jak własne ciało. Państwo jest mechaniczne. Ojczyzna to Walia, Bretania, Prowansja, Katalonia, kraj Basków, Siedmiogród, Huculszczyzna". Dodajmy, że chodzi tu o projekt idealny, w którym nie ma miejsca na wyniszczający nowoczesny nacjonalizm, bo w porządku mitu obowiązują inne kategorie. W świecie "Połoniny" huculscy górale, mówiący dialektem języka ukraińskiego, dziedziczący tradycję wieloetnicznej, w znacznej mierze wołoskiej, kultury pasterskiej, spotykają się z polskim szlachcicem i z żydowskim karczmarzem z Czerdaka, a legenda zbójnika Dobosza sąsiaduje z legendą twórcy chasydyzmu Baal Szem Towa.

Szczegółowo, pięknie i z niezwykłą miłością opisał Stanisław Vincenz krainę rozciągająca się na południe od Dniestru, na zachód od Bukowiny, na północ od Rusi zakarpackiej, na wschód od Gorganów i rzeki Łomnicy. Z homeryckim rozmachem, z wielkim przywiązaniem, a bez czułostkowości utrwalił obraz ziemi, na której się urodził, a która w zapamiętanym przez niego i opisanym kształcie przestała istnieć, w cyklu Na wysokiej połoninie, składającym się z trzech części, nazwanych przez niego „pasmami”. Jest to wielka księga gawęd o ludziach tego regionu, ich wierzeniach i obrzędach, zwyczajach, szczególnym etosie; o świecie, którego już nie ma, a który niezmiennie nas ciekawi i fascynuje. Jego obraz przekazał nam Stanisław Vincent, którego można nazwać Pauzaniaszem Huculszczyzny.

Z opowiadań biegnących przez huculskie pokolenia, z powoływania się w nich na widoczne ślady dalekiej dawności, jak kopce-mogiły, znaki wyryte na wielkich skałach nad przełomem Czeremoszu – Stanisław Vincenz zrekonstruował huculskie mity leżące o źródeł zbójnickiej tradycji.

Według huculskich legend zapisanych przez Vincenza, według prawdy starowieku, dawno, dawno, może wówczas, gdy pierwsze wody wypłynęły a góry dopiero zaczęły wyrastać, powstało tu z wód czy z łona ziemi, pokolenie olbrzymów – bojowników (168). W relacjach ludowych, przekazywanych do czasów Vincenza nazywa się ich Wielitami, to znaczy „olbrzymami”. Byli to borcowie, czyli wojownicy. Rośli, potężni, jasnowłosi tworzyli lud królów ziemi z pierwowieku [...] I rosło to plemię gazdowskie królów razem z górami i lasami.

Pewnej wiosny powstał wśród nich duży niepokój, wielkie ożywienie, ruch. Łączyło się to z wyjściem z jakiejś połoniny wieszczuna, czyli wieszcza, proroka znającego przyszłość. Powiedział tajemne – nieznane, według legendy, do najnowszych czasów – słowo, zadął w trombitę. Stał się przewodnikiem, wodzem, wokół którego wszyscy się skupili, posłuszni jego poleceniom. To pod jego wpływem zaczęto czegoś szukać po górach. Znajdowano kruszce, minerały. Przekuwano je na topory, a skórzane zbroje nabijano złotem i srebrem.

To byli Wielici. Ścięli wiekowe drzewa, spuścili je na wodę, popłynęli ku dalekim morzom. Główną ich wiarą była wiara w topór. O nim śpiewali pieśni, gdy pływali po morzach, zdobywali królestwa, stanowili królów ze swego rodu, budowali zamki, zakładali miasta, odkrywali bogactwa i skarby w górach, na pustyniach, na dnie morskim. Toporem pokonywali wrogów, którzy stawiali im opór, i z ich złoconych czerepów pili miody.

Rozproszyli się po całym świecie, nawet zaczęli mówić różnymi językami, niekiedy wyznawali odmienne wiary, ale wszyscy posiadali głęboko ukrytą wiedzę o swym rodowodzie, o Wierchowinie. Bo mieli nad sobą króla, owego wieszczuna, który słyszał głosy płynące z niebiańskiego świata, otrzymywał stamtąd nakazy i przypominał
o rodzicielskich górach.

Po wielu latach coś się stało. Wieszczun w trembitę hasło wierchowiańskie wiosenne zatrąbił (169), przez posłów rozesłał tajemne słowo, na które wszyscy królowie, z całego świata, porzuciwszy wojowanie i zdobyte królestwa podążyli ku Wierchowinie za swym przewodnikiem, który na złotych cymbałach przygrywając, wiódł ich pieśnią, i przez morza, pustynie i szczyty przeprowadził.

Tu mit utrwala przejście od przemieszczania się plemienia po różnych obszarach i wojowania do osiadłego bytu, uspokojenia się i pojednania ze światem przez pracę. Wielici osiedlili się wysoko w górach, na łąkach, wśród puszczy, nad Czeremoszem. Decyzja ta miała sankcję nakazu ich wodza, wieszczuna, który gdy umierał, dzieciom i pacholętom królewskim wrócić na gazdostwo nakazał.

Znakiem porzucenia dotychczasowego trybu życia było pochowanie topora wraz z ciałem zmarłego wodza. Był to znak końca wojowania. Topory i siła Wielitów miały być odtąd przeznaczone do pracy w puszczy, budowaniu domostw i gazdowania. W tym duchu rosło młode pokolenie, przed którym trzymano w tajemnicy jego pochodzenie od Wielitów. I tylko czasem stary gazda pod przysięgą przekazywał tę tajemnicę pierworodnemu synowi. Starsi, pamiętający o niej, obawiali się, że świadomość własnego rodowodu mogłaby sprawić u kogoś napad siły, szału i wówczas nią owładnięty chciałby świat przewracać, góry przenosić, zatrzymywać rzeki, a nie będzie wiedział, po co to robi.

Prawda o pochodzeniu Wielitów nie dawała się jednak zupełnie ukryć. Tajemnica spoczywała i chowała się w głębinach serc, w tętnicach i we krwi, jako źródło podziemne.

Toteż zdarzało się, że jakiś chłopiec poczuł nagle w sobie jakąś siłę wielikańską. Nie mieścił się w rodzinie, w ścianach swego domu. Uciekał z niego, szedł w nieznane. do lasu, do puszczy. Ogarniała go jakaś tęsknota, odrzucająca go od małego ludzkiego, zwykłego światka. Zrywała się do czegoś junacka dusza:

Gdy wiosna górska zacznie mrugać i uśmiechać się, gdy szepcze do ucha, jakby podmawiała i obiecywała, wydaje się wtedy, że to nie opór przeciw uciskowi i przemocy, nie pomsta za krwawą obrazę, nie zawód miłosny, ani nawet zew krwi gnały tych junaków o złotych i ciemnych kędziorach na wędrówki i tułaczki, podobne do życia drapieżnego ptactwa.

To sprawił wybuch sił, co niezdolne do rozszerzenia ścian chaty gazdowskiej, a nie mogą się w niej pomieścić. To był wykot wiosenny.

Z takich młodzieńców wywodzili się ludzie lasowi. Nie karczowali gąszczów, nie wypalali lasów, nie wyrąbywali ścieżek, nie uprawiali carynek, czyli łąk, gdzie koszono trawę. Zaprzyjaźnieni z górami i lasem chcieli, by on pozostał nienaruszony, niedostępny. Las był dla nich świętością, jak i cała przyroda.

Obmyślali żarty, zabawy, figlarne igraszki: komu spłatać figla, na kim się zemścić, kogo ograbić; nie zawsze ich poczynania były niewinne, ale to nie pomniejszało sympatii, jaka ich otaczała. I widocznej sympatii, z jaką do nich się odnosi Stanisław Vincenz. Ludzie lasowi uchodzili za rycerzy, szlachetnych rozbójników.

Dla ludzi lasowych nie ma już powrotu do ludzkich siedzib, do gazdowania. Bo oni przywykli do pełnej wolności, absolutnej niezależności, swobody, pędu, wiatru. To później, gdy doszły do głosu konflikty społeczne, wśród przyczyn uniemożliwiających powrót pojawiła się również obawa przed karą za rozbójnicze przewinienia:

Młodzieńcy nawoływali się między sobą, z góry na górę, przyśpiewkami, w których było poczucie braterskiej solidarności, radości z przyjętej drogi życia, pewnej siebie buńczuczności:

Na wysokiej połoninie czerwienieją szyszki,

Cóż? Pójdziemy pobratymie tej wiosny w opryszki.

Z drugiej strony kiczery, czyli ze szczytu drugiej góry dolatywała odpowiedź:

Wyrobimy toporczyki, bułatne topory!

Skarby sobie otworzymy, zamczyska i dwory.

Nieokiełznana fantazja lasowa prowadziła niekiedy do napadu na karczmę, na zamek, na dwór, na miasteczko, na urząd. Jedno przewinienie prowadziło do następnych i tak na zawsze zamykała się przed junakiem droga powrotu do rodzinnej chaty. Stawał się prawdziwym człowiekiem lasowym, czujnym, z wyostrzonymi zmysłami, wytrzymałym na zmęczenie, chłód i głód. Umiał zacierać ślady po sobie, uchodzić pogoni, ze znaków czynionych na drzewach odczytywać wiadomości o konieczności ucieczki przed pogonią albo o szykowaniu się do napadu.

Opryszek, zmuszany do zeznań, kto mu pomagał w rozboju, kim byli jego wspólnicy, odpowiadał: Buk i smereka. Jawor i żerek [kosodrzewina] – to moi przyjaciele.

Gdy usłyszeli, jak śpiewa cisowe drzewo żalące się nad dolą junacką, wzruszyli się i uwolnili go:

I glos lasu – fłojera towarzyszy odtąd zawsze i wszędzie opryszkom. A także w ostatniej godzinie. [...] Gdy wiedzioÂŹno na śmierć watażkę Bajoraka, wysoki, wyprostowany, zuchwały do szaleństwa opryszek, po odczytaniu mu strasznego i okrutnego wyroku, idąc ku miejscu kaźni, ze wzgardliwym uśmiechem, wśród tłumu przerażonych i współczujących chłopów, wyraził ostatnie życzenie, aby mu podano fłojerę.

Wybrano mu jedną.

Nie dla świadectwa niewinności. Może, by sobie samemu i ludziom uświadomić, po co żył, po co tylu ludzi zgładził, czemu tak zawzięcie walczył do końca. I po co tułał się po tym świecie.

Otóż ten huculski, rachmanny naród pracował, nikogo się nie bał, nikomu się nie kłaniał, oprócz świętości niebiańskiej. Przyjeżdżali do niego panowie o pomoc w polowaniach, o przewodnictwo po górach. Żyli z panami grzecznie, po przyjacielsku, ale ta ich rachmanność, otwarta gościnność, serdeczność, nie wyszła na dobre, bo potem panowie się rozpanoszyli, zhardzieli, zgłupieli już zanadto(181), a przy tym, jak to określa Vincenz ujmując to słowo w cudzysłów wnadzili się w góry. Chcieli ich, Hucułów, wolnych ludzi od starowieku, z królewskiego rodu Wielitów mieć za poddanych, chcieli zaprowadzić pańszczyznę.

Toteż nie obyło się bez gwałtów, brutalnego deptania swobodnych praw huculskich, nie liczenia się z prawdą starowieku. Huculi zrazu spokojnie tłumaczyli, wyjaśniali, powoływali się na swoje odwieczne prawa, posyłali posłów do panów z wyjaśnieniami i skargami na postępowanie podpanków. Bez skutku.

Dochodziło do bójki, użycia bardki, czyli zbójnickiego toporka, a to oznaczało koniec gazdowania. Młodzieniec taki musiał porzucić gazdostwo,

uciekać przed karą do puszczy, gdzie nikt go nie mógł dogonić i odnaleźć. Tak powiększało się grono opryszków, zbójników.

Do nich zaczęli się przyłączać pobratymcy z Bukowiny, Węgier, gdzie również odczuwano niesprawiedliwość. Stary piastun Vincenza opowiadał: Ten kąt tutaj na naszej wierchowinie był najlepszy. W trzech krajach można było robić napady, w trzy kraje uciekać, a w żadnym z nich nie było porządku.

Dochodziło do tego, że nawet niektórzy gazdowie zasmakowali w łatwym chlebie, w przygodzie i na noc przebierali się za opryszków, by dokonywać napadów.

Stanisław Vincenz powołuje się na studia historyczne, które potwierdzają ludowe opowieści o rozwoju ruchu zbójnickiego. W ich świetle rzeczywiście do XVII wieku góry były spokojne. W wieku XVII zaczynają się tu uroszczenia pańszczyźniane. Powodują wybuchy społecznego gniewu na tych wschodnich ziemiach ruskich, gdzie dotychczas pańszczyzny nie było. A wojny kozackie, towarzyszące im bezprawie sprzyjały rozszerzaniu się zbójnictwa na tych ziemiach.

Bywało też, że magnaci (Jabłonowski, Potocki) posługiwali się pokuckimi opryszkami, dokonując zajazdów, oblężeń i krwawych walk o majątek przeciw szlacheckim sąsiadom. A kiedy panom opryszkowie nie byli już potrzebni, tworzyli milicję do ich zwalczania.

Rozbójników karpackich obawiano się na całym Pokuciu i Podolu, straszono nimi dzieci; powstawały legendy o leśnych ludziach, olbrzymach, o ich niezwykłej sile, bogatych strojach, uzbrojeniu i zdolności niespodziewanego zjawiania się i błyskawicznego znikania. Ich czyny, niekiedy okrutne, były często skutkiem zapamiętania się w gniewie, popełniane w afekcie, często jako akt zemsty. Ale, wcale nierzadko, wynikały – jak na to wskazują akta sądowe – z uzasadnionego poczucia krzywdy.

Systematyczna pacyfikacja huculskich zbójników i ich eksterminacja przez władze austriackie przyniosły zagładę ruchu zbójnickiego na Wierchowinie. Czarne szubienice stały rzędem przy drogach – opowiadali starzy ludzie – Pańszczyzna maszerowała w ślad za nimi. Skończyły się dostatki i stara swoboda. Pankowie, Żydkowie robili z nami co chcieli.

W obrazie losów opryszków z Pokucia Stanisław Vincenz nie pomijał różnych zwyrodnień tego ruchu, nie usprawiedliwiał gwałtów, których oni się dopuszczali, ale zawsze ujawniał swoją sympatię, zrozumienie i szczególny szacunek dla huculskich opryszków. Widział wśród nich niezwykłe charaktery, cenił ich siłę bojową, która – nie mając innego ujścia – niestety topniała, marnowała się pod ciągłą groźbą szubienicy.

Wraz z upadkiem opryszków i rozbójnictwa los Wierchowiny był przesądzony.

Niestety nie odnaleziono topora Wielitów zakopanego przez wieszczuna. Jego znalezienie nie tylko nie pozwoliłoby na powalenie górskiego narodu pod nogi panów i podpanków, ale by ludziom otworzyło oczy i pomogło zaprowadzić w świecie prawdę wierchowińską, ład starowieku – Słobodę. Jego nieznalezienie sprawiło, że została utracona stara swoboda. Zamiast władać, panować nad swoim własnym życiem, Huculi poszli na dno dziejowe.

Opracowując projekt „Szlak Zbójników Karpackich” skorzystano z blisko 1000 źródeł dotyczących zbójnictwa karpackiego, które znajdują się tutaj. Kliknij!

 

PATRONAT NAD SZLAKIEM ZBÓJNIKÓW KARPACKICH SPRAWUJE

ŁAP-POL (Dystrybutor wędlin tradycyjnych)

oraz

FIRMA JANTOŃ S.A., Sp. K (producent win Zbójeckie Grzane)

 



"Zbójnicki Szlak" zosta3 wybrany najlepszym produktem turystycznym w najwiekszym projekcie
szkoleniowo-doradczym dla polskiej bran?y turystycznej. Projektowi patronowali:
do góry
2009-2012 © Zbójnicki Szlak Leszek M3odzianowski






POLECAMY

e-beskidy

Beskidy, noclegi, mapy,
kamery, og3oszenia, forum

karpackie-zboje

Napady ZBÓjnickie, wesela,
biesiady, kuligi, integracja

ulica-hafciana

Haft komputerowy, naszywki,
odzie? reklamowa

apter

Trekking w Alpach, Urlop
w górach, narty w Dolomitach


fundacja

Góralskie prelekcje, ZBÓjnicki questing,
towarzystwo naukowe, ZBÓjnicka biblioteka

karpacki-gazda

Przewodnik beskidzki, pilot wycieczek,
kierownik kolonii, Beskidy, —ywiec



Projekt „SZLAK ZBÓJNIKÓW KARPACKICH” FIRMY ZBÓJNICKI SZLAK LESZEK MŁODZIANOWSKI, a w szczególnoœci prezentowane koncepcje, pomysły i rozwišzania na mocy ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994 r. Dz. U. nr 24 poz. 83 stanowiš własnoœć autora. Projekt ZBÓJNICKI SZLAK ani żadna z jego częœci nie może być w żaden sposób kopiowana, powielana, dystrybuowana bez pisemnej zgody autora.


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

OPRAWE FOTO/VIDEO PODCZAS ZBÓJNICKICH IMPREZ INTEGRACYJNYCH SPRAWUJE FIRMA MTUR Media + Turystyka

Zbójnickiszlak.pl Tel - (+48) 609 789 879, E-mail - info@zbojnickiszlak.pl