PATRONAT HONOROWY NAD ZBÓJNICKIM SZLAKIEM

 
PATRONI MEDIALNI NAD PROJEKTEM ZBÓJNICKI SZLAK
Wydawnictwa i Magazyny Turystyczne:










Uczelnie Wyższe: Turystyczne
portale internetowe:

Miasta:
Media:





Regionalne organizacje:
 














Powiaty:
Instytuty turystyki: Izby turystyki:
Euroregiony:
Narodowe Organizacje Turystyczne:
Regionalne Organizacje Turystyczne:

FIRMY



WSPÓŁPRACA
NA ZBÓJNICKIM SZLAKU BEZPIECZEŃSTWO ZAPEWNIAJĄ



OGLĄDAJ NAS W
PISZĄ O NAS










JAK JÓZEK BACZYŃSKI CHOWAŁ SKARBY W BABIEJ GÓRZE

Tego roku zaraz po św. Michale spadł taki śnieg, że baca ze Śmietanowej Hali który zwykle dwa dni po tym dniu schodził z owcami do wsi, został ze stadem na hali. Dobrze że wpędzili owce w młodnik, bo by jak nic pomarzły. Dopiero przyszli mu z pomocą chłopi depcąc w mokrym śniegu ścieżkę, którą potem z niemałym trudem sprowadzali pasterze stado w dół. Ten nagły atak zimy zaskoczył Józka Baczyńskiego i jego dwóch kompanów na polanie nad Zubrzycą, gdzie nocowali w pustej szopie, by następnego dnia ruszyć przez Babią Górę do Zawoja. Przesiedzieli tu trzy dni grzejąc się przy watrze i popijając resztki palenki. Czwartego dnia od Diablaka dmuchnął halny gorącym powiewem, śnieg ginął w oczach, a zbójnicy uradzili, że zima idzie tego roku wczesna, więc trzeba ze zbójnickich chodników wracać do ciepłych chałup i czekać aż się znowu buki zazielenią. Jak w poprzednich latach mieli zamiar ruszyć ku Gorcom, ale Józkowi jeszcze jedna rzecz nie dawała spokoju. Oto w kępie nad Policznym schował latem pełno dobra: korali, pereł, talarów i wszelakich pieniędzy.

Tak się złożyło, że do tej pory nie zdążył tego skarbu wydobyć i jak należy schować, więc postanowił teraz towarzyszy wysłać przodem, a sam, póki jeszcze ziemia nie zmarznięta i śniegu mało, łup dobrze ukryć.

Dzień zdarzył się pogodny, chociaż chłodny. Józek specjalnie został na noc w chałupie węglarzy, niby to w gościnie, czekając, aż kompani odejdą do wsi. Przed świtem, pewien że wszyscy jeszcze na polanie śpią, wyszedł cicho z chałupy, poszedł do swojej kępy i zanim wzeszło słonko wygrzebał kotlik ze skarbem. Przesypał jego zawartość do torby i pogwizdując zaczął się wspinać w kierunku polany na Norczaku. Stojące tu szałasy były już teraz puste, wiedział więc, że nikt go nie zobaczy i o cel wyprawy nie zagadnie. Ścieżka pięła się stromo w górę od potoku, brzegiem starego lasu i łąki ku niewielkiemu grzbiecikowi. Od wiosny był on całkiem goły, bo rosnące tu wiekowe smreki i jodły powalił halny. Nie osłoniętą od tej strony polanę było widać jak na dłoni.

Józek przysiadł na chwilę na pniu. Odpoczywał. Wypełniona po brzegi torba była ciężarem nie lada. Aż się sam do siebie uśmiechnął. Opłaciły się tego lata wędrówki ku Orawie! Hej, Orawa! Zasobna, dostatnia dziedzina, nie to, co tutejsza bieda! U byle gazdy w komorze pełno wszystkiego: jest mąka, kasza, słonina, motki lnu, płótno, paradna przyodziewa w skrzyni, a jak dobrze poszukać i po zbójnicku gospodarza poprosić, grosz się znajdzie niejeden. Tutaj zaś niewiele tego, chyba stary kożuch, kęs sera, spłachetek sadła i to nie u każdego. Tyle tylko, że spokój tu i dla zbójników bezpiecznie. Hajducy i żandarmi zaglądają pod Babią Górę rzadko, a i to jedynie do wsi. I mają rację! Lepiej do szop i szałasów, węglarskich bud i smolarni im nie chodzić! Byli tacy, co próbowali, ale jakoś z powrotem nie wrócili. Sam Józek coś o tym wie i nie on tylko.

Spojrzał na niebo. Jesienne słońce było już w połowie drogi, a chociaż grzało jeszcze, od dolin szedł ziąb i chłód. Zarzucił torbę na plecy i ruszył grzbiecikiem ku polanie. Miał zamiar gdzieś tutaj ulokować zdobycz. Miejsce w miarę odludne, do wsi blisko, zaś obecność chłopa koło szałasów nikogo nie zdziwi, więc i poręcznie będzie po skarb sięgać gdy zajdzie potrzeba. Zaklął też szpetnie, kiedy z polany doleciały go wesołe głosy. Przystanął na skraju lasu. Kolo najbliższego szałasu krzątało się trzech parobków: składali ostwie, opatrywali ściany i dach na zimę. Śmiali się przy tym i dokazywali, bo chłopaki były młode, a przy sąsiedniej szopie dostrzegł Józek babę i dwie dziewczyny, które również szykowały swoje letnie gospodarstwo na nadejście śniegów. Młodym się wyraźnie nie śpieszyło, zaś do zmroku było daleko.

Ostrożnie, omijając polanę, ruszył Józek w górę. Szkoda dobrego miejsca, ale trudno, nic dzisiaj z tego nie będzie, zaś odkładać wyprawy nie chciał. Nad Babią zaczynały się już kłębić powoli szare, ciężkie chmury, które lada godzinę mogą sypnąć śniegiem. Ścieżka coraz bardziej nikła pięła się w górę i w górę.

Norczak już dawno został w dole. Przez chwilę Józek namyślał się, czy nie odwiedzić kolejnej polany, Dejakowych czy też Markowych Szczawin, ale prędko z tego zamysłu zrezygnował. Jeżeli już musiał kryjówki szukać daleko od osady, w Babiej Górze, niech będzie ona w takim miejscu, że prędzej sam diabeł tam trafi niż człowiek. Znał takie miejsce, dzikie i odludne pod samym Cylem. Kiedyś dwa dni przesiedział tam w skalnej dziurze, gdy hajducy deptali mu po piętach. Daleko to wprawdzie i droga niełatwa, ale co to dla niego! Zły był trochę, bo takie dobre miejsce na Norczaku przepadło, ale pomyślał sobie, że może to i lepiej. W skalnych rumowiskach i gąszczu skarb będzie bardziej bezpieczny, a o to przecież chodzi.

Ostatni kawałek drogi od starego jodłowego lasu w górę dokuczył mu najbardziej. Leżał tutaj między drzewami już śnieg, moczył kierpce i ziębił nogi, ślisko było i z ciężarem iść nieporęcznie. Z ulgą odszukał w rumowisku głazów oplątanych krzakami dzikiej porzeczki nikłą perć i po chwili dotarł na niewielką, płaską polankę. Słońce już zaszło i chociaż tu w górze niebo jaśniało jeszcze różowo-złotym blaskiem, w dole zapadał powoli mrok. Musi się pośpieszyć, żeby całą robotę skończyć, zanim las ogarną ciemności.

Złożył swoje brzemię na ziemi i po raz kolejny zaklął. Nie przewidział, że będzie musiał ryć jamę w kamieniskach i korzeniach. Przy sobie miał tylko ciupagę i nóż, dobre na pulchną ziemię pod wykrotem, ale bezsilne wobec skały. Rad nie rad przycupnął przy sporym głazie i zaczął drążyć schowek. Po chwili wiedział już, że całego łupu nie da się schować w jednym dole. Musiałby go chyba kopać do rana.

Zaczynało się robić ciemno, lasem szedł zimny, wilgotny wiatr miotając strzępy lepkiej, mokrej mgły. W dodatku coraz gęściej leciały płatki śniegu. Zima szła nieuchronnie. Nie było czasu szukać lepszego miejsca. Rozejrzał się Józek jeszcze raz po polance i postanowił.

W chwilę potem czerniały koło siebie trzy spore jamy. W zapadających ciemnościach nałamał gałązek choiny, wyłożył nimi i zdartą z powalonego pnia korą wykopane doły i zaczął przesypywać do nich zawartość torby. W najmniejszym schowku ulokował, złoto, w drugim srebro, a w trzecim, największym, miedziane pieniążki, bo ich miał najwięcej. Przykrył zawartość każdego dołu gałęziami, zasypał ziemią, potem wyciął ciupagą na pniu trzy krzyże i zadowolony z siebie zaczął już po ciemku zbiegać w dół.

Była po temu najwyższa pora, bo śnieg padał coraz gęstszy i zasypywał ślady idącego. Lepszego i bardziej bezpiecznego miejsca nie mógł znaleźć! Skarbu pilnuje babiogórska knieja, krzyż na drzewie i zaklęcie, które nad każdym schowkiem wypowiedział.

Nie wiedział Józek Baczyński, że jego skarbu pilnuje coś jeszcze. Oto w miękkiej jeszcze ziemi, igliwiu, liściach i świeżym śniegu powoli zaczynały spływać strużki wody coraz większe i większe, aż z polanki w rumowisku ruszyły w dolinę z trzech dołów studni trzy potoki, a woda każdego z nich wzięła swój kolor od kruszcu złożonego w źródle na dnie.

Józek Baczyński po swoje dobro wiosną nie przyszedł. U progu zimy trafił w ręce sprawiedliwości, a wkrótce zawisł chwalebnie na haku jak przystało na zbójnickiego harnasia. Pod Cylem w trzech studniach, w które zamieniły się wykopane przez zbójnika jamy, leży nadal zbójnicki skarb: złoto, srebro i miedź, zaś w dół, przez czatożański płaj i dalej ku dolinie pędzą z szumem trzy potoki: złoty, srebrny i miedziany. Wystarczy tylko pójść ku ich źródłom, żeby na zbójnicki depozyt trafić.

Opracowując projekt „Szlak Zbójników Karpackich” skorzystano z blisko 1000 źródeł dotyczących zbójnictwa karpackiego, które znajdują się tutaj. Kliknij!

 

 

PATRONAT NAD SZLAKIEM ZBÓJNIKÓW KARPACKICH SPRAWUJE

ŁAP-POL (Dystrybutor wędlin tradycyjnych)

oraz

FIRMA JANTOŃ S.A., Sp. K (producent win Zbójeckie Grzane)

 



"Zbójnicki Szlak" został wybrany najlepszym produktem turystycznym w największym projekcie
szkoleniowo-doradczym dla polskiej branży turystycznej. Projektowi patronowali:
do góry
2009-2012 © Zbójnicki Szlak Leszek Młodzianowski






POLECAMY

e-beskidy

Beskidy, noclegi, mapy,
kamery, ogłoszenia, forum

karpackie-zboje

Napady zbójnickie, wesela,
biesiady, kuligi, integracja

ulica-hafciana

Haft komputerowy, naszywki,
odzież reklamowa

apter

Trekking w Alpach, Urlop
w górach, narty w Dolomitach


fundacja

Góralskie prelekcje, zbójnicki questing,
towarzystwo naukowe, zbójnicka biblioteka

karpacki-gazda

Przewodnik beskidzki, pilot wycieczek,
kierownik kolonii, Beskidy, Żywiec



Projekt „SZLAK ZBÓJNIKÓW KARPACKICH” FIRMY ZBÓJNICKI SZLAK LESZEK MŁODZIANOWSKI, a w szczególności prezentowane koncepcje, pomysły i rozwiązania na mocy ustawy o prawach autorskich i prawach pokrewnych z dn. 04.02.1994 r. Dz. U. nr 24 poz. 83 stanowią własność autora. Projekt ZBÓJNICKI SZLAK ani żadna z jego części nie może być w żaden sposób kopiowana, powielana, dystrybuowana bez pisemnej zgody autora.


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

OPRAWĘ FOTO/VIDEO PODCZAS ZBÓJNICKICH IMPREZ INTEGRACYJNYCH SPRAWUJE FIRMA MTUR Media + Turystyka

Zbójnickiszlak.pl Tel - (+48) 609 789 879, E-mail - info@zbojnickiszlak.pl